Ostatnimi czasy zmieniło się u nas bardzo dużo, żeby nie powiedzieć że wszystko :) Postaram się rozłożyć te relacje na kilka postów, bo zbyt wiele się działo, żeby zmieścić to w jednym. :)
W ostatni tydzień wakacji zdarzyła się naprawdę niemiła sytuacja. Będąc z Azą na działce nad jeziorem, zawsze chodzimy na plażę, ja moczę nóżki, a Aza drepta sobie i obwąchuje wszystkie trzcinki, czasem łapiąc żaby. Idąc uliczką prowadzącą od naszej działki, spotkałyśmy psiaka, młodego szczeniaczka buldoga <chyba francuskiego>. Obwąchali się, a Aza chciała go zaprosić do zabawy, jak to ona ma w zwyczaju- powarkując zaczęła łapać go za uszy, co ona traktuje jako wspaniałą rozrywkę. Szczeniaczek jednak nie zrozumiał jej zamiarów i potraktował to zachowanie jako atak. No i się zaczęło, szczeniak rzucił się na Azę, ta odpowiedziała tym samym, więc za niespełna minutę miałam przed oczami dwa kotłujące się psy... Aza wylazła z obroży (nigdy nie brałyśmy szelek, bo zawsze wracały mokre i zabłocone, a najzwyczajniej było mi ich szkoda, ale po tej sytuacji Aza nie wychodzi z domu bez szelek), a ja całkiem straciłam kontrolę nad sytuacją. Kiedy zobaczyłam że któremuś psiakowi leci krew, nie zawahałam się i wpakowałam ręce między gryzące się psy. Miałam nieszczęście i sama zostałam dziabnięta. Na szczęście delikatnie. Kiedy już miałam psicę na rękach, zaczęłam iść w stronę działki, a pies leciał za nami, skacząc mi ciągle do rąk. Nie łatwo jest biec z 8kg obciążenia, więc postanowiłam, że odgonię psa smyczą, którą trzymałam w ręce... O dziwo w tym momencie, kiedy pies kolokwialnie dostał po pysku, zjawili się jego właściciele. Zostałam okrzyczana za to, że podniosłam rękę na ich psa. Sama nie chciałabym znaleźć się w takiej sytuacji, że widzę jak ktoś bije mojego psa, ale właśnie dlatego Aza ciągle jest przez kogoś obserwowana. Szybko poleciałam na działkę, do mamy z którą wsiadłam w samochód i pojechałyśmy do Lublina, do naszej pani weterynarz. Tata został na działce z bratem, więc już w drodze poprosiłam go o przejście się na tamtą działkę, żeby dowiedzieć się czy pies był szczepiony. Z tego co mi powiedziano, to właściciele ciskali się, że podadzą mnie do sądu, za to że pobiłam ich psa, kiedy usłyszeli, że zostałam pogryziona, troszkę zmiękli i wszystko pokazali. Skanem na maila dostałam zaświadczenie o szczepieniu. Mi nic nie było, po za małymi siniakami. U Azy nie było tak kolorowo... Naderwane ucho, szyta pachwina i lęk przed małymi psami. Na szczęście właściciele postanowili zostawić sprawę do prywatnego rozwiązania, nie podali nas do sądu (chociaż powiem szczerze, że jeśli by to zrobili, byłabym skłonna do tego samego) i zapłacili za leczenie Azy... Już po 3 tygodniach dostałyśmy zieloną kartę, że Aza może wracać do aktywności. Niestety z lękiem zmagamy się ciągle, ale nie jest już źle, większość psów jest ok, jednak małe i czarne-nadal chce atakować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz